Loki Wizja Dzwieku

Loki – Wizja Dźwięku

 
Pierwszy dzień wiosny. Ale nie będzie o wiośnie… nie będzie o pogodzie… Dziś musi być o Wizji Dźwięku… Kto z fanów Comy nie czekał na tę płytę? Kto nie zamówił jej w przedsprzedaży? Nie widzę… bo i nie mogłem zobaczyć. Od 2008 roku, czyli od wydania genialnej Hipertrofii – minęło już naprawdę sporo czasu… i choć rok 2010 to był rok bez wątpienia Comy, bo najpierw Live, potem Symfonicznie a na koniec Excess…to… jednak wszyscy już powoli zaczęli tęsknić za czymś nowym, bo ile razy można słuchać tego samego? Choć niby nie tego samego… Każdy więc ostrzył sobie zęby, żeby zapełnić ten czas oczekiwania na nową płytę Comy, solową produkcją Piotra. Zwłaszcza mając w pamięci jego solowe dokonania przed Comą… Bo kto nie zna Piosenki Pisanej Nocą? Albo Ulotności? Tak więc gdy tylko płyta przyszła i pieczołowicie ją odpakowałem, postanowiłem zrobić sobie wieczór z Piotrem, zaopatrzony w piwo w ilościach umiarkowanych oraz w papierosy w ilościach już mniej umiarkowanych, siedząc wygodnie włożyłem do odtwarzacza i zacząłem słuchać. Trochę ze strachem, bo nie dalej niż dwa tygodnie temu, Piotr rozpoczął promocję płyty singlem Szatany, który prawdę mówiąc wzbudzał dość mieszane uczucia 🙂
 
Zaczęło się od utworu tytułowego, Wizja Dźwięku,  ciekawe brzmienie gitary, jest melodia… nie jest to Coma, ale Piotr zaczyna śpiewać i jego głoś już rozwiewa wszelkie wątpliwości, to cały Roguc ze wszystkimi swoimi manierami wokalnymi, świetnie brzmi w połączeniu z muzyką w tle, a może nawet nie w tle? Tak, zdecydowanie w tym utworze muzyka jest pełnoprawną uczestniczką utworu razem z głosem Piotra, Bardzo przyjemny kawałek, aż się dziwię, że nie został wybrany na singla zamiast wspomnianych wyżej Szatanów… Celowo nie piszę w tej chwili o tekstach – to zostawię sobie na koniec, jeśli pozwolicie… Utwór kończy się niespodziewanie i tak już będzie bardzo często na tej płycie, to chyba celowy zabieg, żeby utwory tworzyły jak najmniejszą całość, a raczej, żeby były niespójne, z częstymi zmianami rytmu, melodii i niespodziewanymi zakończeniami… nowa Wizja Dźwięku 🙂
 
Drugi utwór Nie Bielsko i … szczęka opada. To jest Roguc taki jakim go chcemy słyszeć, to jest Roguc, w stylu swoim i Comy, to jest przebojowa melodia, świetna melodyka, również gdzieś w tle te ciekawie zaaranżowane gitarowe smaczki, po prostu hicior, dlaczego ten utwór nie promował płyty? Sprzedaż pierwszego dnia o 50% większa na pewno… Tak się zasłuchałem, że aż żal, że się szybko skończył… ale na tej płycie na próżno szukać 8-10 minutowych perełek w stylu Zaprzepaszczonych Sił, czy choćby Ciszy i Ognia, dynamika, krótkie mocne dynamiczne utwory… przynajmniej na razie…
 
Ale lecimy dalej… Argonauci, tytuł od razu kojarzy się z Jazonem nie wiem dlaczego 🙂 .Jakieś góralskie zacięcie w stylu… Roguca, kto bywa na koncertach, wie o czym mówię. Zdecydowany kawałek, z bardzo niepokojącą gitarą w refrenie, i miłą skoczną powiedziałbym przyśpiewką poza. Znowu zmiana o 180 stopni w trakcie jednego utworu i napięcie budowane jakoś tak z boku… to jest zupełnie co innego niż to do czego przywykliśmy słuchając Comy, brak tu wirtuozerii, brak jakiś wybitnych środków artystycznych, a wszystko budowane jest za pomocą dość surowych dźwięków, niepokojącego gitarowego riffu i głosy w tle, mocnego, charakterystycznego, ale w tle.
 
Sopot, zaczyna się inaczej niż to co do tej pory, o tekstach miałem napisać na końcu, ale przy tym utworze musze… po prostu musze 🙂 Poczucie humoru a’la Roguc w całym tekście, i w tym kawałku tekst jest najważniejszy, choć utwór nadal nie odbiega zbytnio od reszty, dalej zmiany melodii, rytmu, dalej zaskakujące aranże… trzeba powoli przywyknąć, choć boje się, że na dłuższą metę może to być męczące… posłuchamy, zobaczymy, fajnie że jest coś do śmiechu również. Ale bez historii moim zdaniem. 
 
I pierwszy przerywnik na tej płycie – do których to przerywników już chyba przywykliśmy, tu nazwany Plaster miodu o numerze 1 – spokojne gitarowe granie, z lekką nutą latynoską, albo wręcz hawajską… to naprawdę bardzo dobre posunięcie, dla tych co się podjarali, zdążą ochłonąć, dla tych co się zmęczyli, zdążą nabrać znowu chęci. Proste w formie, a jakże wyraziste w treści.
 
Następny to znany już wszystkim Szatany, ten utwór zyskuje w połączeniu z resztą, mam wrażenie, że to nie był dobry pomysł na singla, niby jest bardzo przebojowy aranż, niby ma zadatki na przebój, to pierwszy kawałek, w którym głos Piotra wybija się ponad muzykę, prymitywne solo stara się złapać proporcje, ale to jest jednak kawałek głosowy, Roguc w pełnej okazałości, z melodeklamacją w środku, dającą pewnie wyraz ciągle niezrealizowanych marzeń aktorskich. Ale wrażenie jest o wiele bardziej pozytywne słuchając w trakcie płyty, niż jako singla promującego… Ale to oczywiście cały czas moje subiektywne zdanie.
 
I mamy Witaminki, ten kawałek powala, dosłownie i w przenośni. Znowu utwór, w którym nie sposób nie napisać czegoś o tekście, ale że obiecałem o tekstach na końcu, to powiem tylko, to kolejny utwór w którym tekst ma znaczenie pierwszoplanowe, co nie znaczy oczywiście, że muzycznie jest słabszy – wręcz przeciwnie, jest to do czego już powoli się przyzwyczajamy słuchając tej płyty, a więc zmiany tempa, i rytmu, niespójna melodia, ale oscylująca gdzieś tak w okolicach przeboju,  mocny głos, znowu trochę wybijający się – ale to pewnie przez tekst, generalnie majstersztyk. W zasadzie dokładnie w połowie płyty mamy pierwszą perełkę… i co by nie mówić – dla tego utwory warto nabyć drogą kupna tę płytę, bo będziemy do niego wracać… częstooooo.
 
Wielkie K –  zaczyna się jak standard rockowy, z mocno zaznaczonym riffem gitarowym i lekko bluesowym rytmem i tak jest do końca, poza… zmianami absolutnie całej stylistyki, które udzielają zwrotki od refrenów, choć… prawdę powiedziawszy, w żadnej z tych piosenek nie ma wyraźnie zaznaczonych zwrotek czy refrenów, są zmiany, zmiany, zmiany, i choć w zamierzeniu zapewne miało to służyć większemu zróżnicowaniu –  to coraz bardziej słuchając przekonuje mnie to i nie razi, może te niespodziewane zakończenia tylko, ale całość nie wygląda na zmiksowaną na stole reżyserskim, tylko dobrze zagrana z pomysłem. 
 
Kolejny przerywnik, czyli Plaster Miodu 2 – niczym nie różni się od pierwszego, poza klimatem, bo tym razem zabiera nas w okolice psychodelicznej Wielkiej Brytanii lat 70.
 
Piegi w Locie, kolejny utwór, który od samego początku zwraca uwagę na śpiew Piotra, kolejny w którym głoś gra pierwsze skrzypce, a tekst … o tekstach na końcu… i chyba pierwszy kawałek, w którym można spokojnie usiedzieć, a nawet zapalić jakieś światełko… zapalę sobie papieroska w zastępstwie. I zaciągając się powoli, dochodzimy do miejsca, gdzie wszystko wraca do normy na tej płycie, czyli zmiany dokładnie wszystkiego – od muzyki do stylu śpiewania.  Tylko tu jest to dużo spokojniej, w sposób bardziej wyważony i co tu dużo mówić… piękny. Tak, kolejna perełka na tej płycie, w zupełnie innym stylu, ale zapadająca w pamięć i aż chce się jej posłuchać znowu i znowu.
 
Szwajcarski Nóż – zaczyna się jak muzyka z filmu, powiem jakie mi obrazy przyszły do głowy – i zaznaczam, piwo jeszcze nie wypite – równina, bezkresna, koniecznie amerykańska, ale w oddali, na granicy horyzontu lekko zarysowujące się szczyty gór, człowiek idący z plecakiem, w dziwnym stroju, ni to średniowiecze, ni nowa fala, rzut oka na otaczającą przyrodę, tu skorpion zapamiętale walczący z jakimś innym stworzeniem, tam w oddali jakieś piękne i dostojne ptaki nad głowami, i zachodzące słońce… taak, To chyba najbardziej Comowaty kawałek na tej płycie, choć pełno w nim nawiązań od King of Leon, po nasz ojczysty Dżem… a może ja się uwaliłem tym papierosem? Będę musiał posłuchać jeszcze raz… lecimy dalej.
 
Dalej jest znowu… Plaster Miodu 3 – tym razem zupełnie inny, tym razem to już typowe dla Roguca wypowiadanie na głos swoich myśli, w połączeniu z brzęczącą w oddali muzyką, która jedynie delikatnie ilustruje to co ma do powiedzenia… a stylistyka? Nie wiem, mi się skojarzyło z Hare Kriszna… nie pije już więcej.
 
Ruda Wstążka, ale nam się płyta uspokoiła.. już nie ma drapieżnej surowej gitary z riffem, nie ma już wzbudzającego rezonans basu, jest bardzo spokojne instrumentarium, w którym delikatnie słychać instrument dęty, jakieś elektroniczne nastrojowe dźwięki i głos… głos Piotra, cóż, druga połowa płyty, to chyba właśnie to czego wszyscy się spodziewali, coś na co czekali i coś za co są w stanie zapłacić w ciemno prawie każdą cenę – my sekciarze wiemy o czym mówimy, To jest to, co po cichu nam się marzyło i  to co wzbudza prawdziwe emocje, takie jak na koncertach, takie jak słuchając Comy… brawo panie Piotrze. I Dziękujemy. 
 
Ale to jeszcze nie koniec, na deser I'm Not Afraid Of Your Soul, który jak sugeruje tytuł jest śpiewany po … polsku 🙂 poza drobną wstawką w postaci tegoż właśnie tytułu, ciekawe… mamy więc finał, w którym już nic nas nie może zadziwić, nic zaskoczyć, w którym wszystko zostało powiedziane wcześniej, a teraz się tylko żegnamy, mówiąc do zobaczenia raczej niż żegnaj, bo to jest zapowiedź myślę udanej kolejne artystycznej wizji dźwięku, która w głowie frontmana Comy ukrywa się od lat i tylko czeka na to aby się wydobyć… 
 
To tylko niespełna 56 minut muzyki, jakże szybko to przeleciało… to płyta, która ma dwa oblicza, do połowy niepokojąca, można by rzec drapieżna, a potem, już absolutnie liryczna, ale nie we łzawym tego słowa znaczeniu, płyta, która tą różnorodnością ma nas zachęcić do dłuższego z nią obcowania – swoja drogą, to świetny pomysł, mamy dwie króciutkie płytki na dwie różne okazje w postaci jednego krążka i tylko od nas zależy w jaką stronę zabłądzimy w tych dźwiękach. Ale się rozpisałem, ciekawe co by było, jakbym posłuchał jej z 5 razy 🙂 to jeszcze króciutko o tekstach, bo trzeba, na początku, człowiek w zasadzie nie wie, o czym się śpiewa, ale to charakter utworów determinuje to wrażenie, skoro w pierwszej części tej płyty muzyka jest pełnym członkiem, poza wspomnianym już tu wcześniej Sopotem, który jest wyraźnym żartem i nawiązanie do naszego szołbiznesu, teksty służą w moim przekonaniu jedynie wypełnieniu przestrzeni, może troszkę dużo wulgaryzmów, ale nie przeszkadzają specjalnie, no i utwór Witaminki, wspaniały tekst, w którym satyra, na przemian ze świetnie udawaną nieporadnością językową, tworzy bardzo dobry tekst o życiu, w którym mnóstwo ludzi znajdzie odbicie. Brawo. A reszta wymaga większej ilości piwa lub innych wspomagaczy chyba, albo ja jestem za głupi na to co tam jest śpiewane. Druga połowa, to już liryka, do której Piotr nas przyzwyczaił zarówno w Comie, jak i przy innych okazjach i choć wielu ludzi nadal twierdzi, że to grafomaństwo, to mimo wszystko polecam im wsłuchać się w te teksty i odszczekać te głupie oskarżenia, bo może i czasem to jest proste, ale jakże wymowne. Szczególnie pragnę zwrócić uwagę na Piegi w Locie, w którym tekst przy okazji jest naładowany emocjami, ale emocjami nie wprost. Emocjami, których się domyślamy a nawet czujemy. Ehhh, włączę sobie jeszcze raz, i jeszcze raz i będę smakował i delektował się tą płytą, dziś chyba jej drugą połówką, ale jutro? Kto wie, może pierwszą jej częścią… Czy jestem usatysfakcjonowany (ale trudne słowo) – tak, czy już nie czekam na nowy krążek Comy – wręcz przeciwnie, z jeszcze większym zapałem i chęcią będę czekał co  tym razem zapoda nam cały zespół… ale czekając będę się raczył Wizją Dźwięku –  bo Loki jest tego wart.

 
Żyjemy w brzuchu wielkiej kamienicy
Żyjemy w brzuchu obskurnego żółwia
Koty szczają w podwórkach
W ramie na ścianie moja smutna żona
Kwiat pelargonii, zasłona w kropki
Smażone ziemniaki, kotlety mielone
Odjazd,
Gdy nagle przypomniał się świat
Poczułem jak wzmaga się wiatr
Poczułem ochotę by zwiać
Ja jutro wyjeżdżam
Kochanie nie gniewaj się
Jeśli nie Kraków, nie Bielsko, nie Sopot, nie Gdańsk
Muszę wyjechać, gdziekolwiek, gdzie tylko się da
Sąsiedzi gotują kiszoną kapustę, o kurcze
Leżę na sofie, zjadam słone paluszki zasnąć się nie umiem
Ci z góry uwielbiają Italo-disco
Mozg mi się w pięści zacisnął
Za chwile wszystko wezmę w diabły pieprznę
Wreszcie
Gdy nagle przypomniał się świat
Poczułem jak wzmaga się wiatr
Poczułem ochotę by zwiać
Na pewno wyjeżdżam
Kochanie nie gniewaj się
Już mi nie Kraków, nie Bielsko, nie Sopot, nie Gdańsk
Muszę wyjechać, gdziekolwiek, gdzie tylko się da
Na pewno wyjeżdżam
Kochanie nie gniewaj się
Jeśli nie Kraków, nie Bielsko, nie Sopot, nie Gdańsk
Muszę wyjechać, gdziekolwiek, gdzie tylko się da
"Nie Bielsko"