Jeniferever Silesia

Jeniferever – Silesia

 
Jeszcze dobrze nie zapoznałem się z muzyką zaproponowaną w ostatnim Mikrokosmosie (o tym napiszę kiedy indziej) – a już znienacka pojawił się Mikrokosmos znikąd 🙂 czyli zastępstwo za czasowo nieobecnego Piotra Mike, co oczywiście mnie bardzo ucieszyło, bo choć lubię „Strzały Znikąd” – to jednak Mikrokosmos lubię bardziej.
 
I oczywiście nie zwiodłem się, audycja jak zwykle genialna, a nawet chyba przez to, że bonusowa, to jeszcze lepsza… Ale to norma, po co o tym pisze? Ano… usłyszałem tam coś co mnie absolutnie powaliło na kolana… Oczywiście… Jeniferever z płytą Silesia…
 
Jak to się stało, że ja tego wspaniałego zespołu ze Szwecji nie znałem? Nie wiem… Biję się w pierś… i żałuje… Ale za to, to co usłyszałem, sprawiło, że serce zaczęło bić mocniej w piersi, świat się zamazał, a myśli odpłynęły…odjazd i to wszystko za pomocą muzyki.
Zespół Jeniferever pochodzi z miasta Uppsala w Szwecji. Ich muzyka może być opisana jako ambient indie rock lub post-rock; ma wolne tempo, jest melodyczna, jednak często z narastającym brzmieniem gitar aż do orkiestralnego finału. Styl Jeniferever bywa porównywany do takich zespołów jak The Appleseed Cast i Sigur Rós. Jeniferever mają na koncie EPkę wydaną w 2002 r., kolejną zatytułowaną Iris z 2004 r.(4 piosenki trwające razem ponad 40 minut!) wydane przez Big Scary Monsters Recording Company, The Next Autumn Soundtrack Split EP i album studyjny Choose a Bright Morning wydany w 2006 roku przez Drowned in Sound Records. W 2008 wydali kolejne EP o nazwie Nangijala, a w 2009r. płyte długogrającą o nazwie Spring Tides. Natomiast 11 kwietnia (choć w Niemczech, nie wiedzieć czemu, płyta jest już dostępna od 11 marca) wyjdzie ich najnowsze dzieło Silesia, czyli to co mnie tak właśnie powaliło.
 
Płyta zaczyna się od tytułowego utworu i jest to po prostu chyba najlepszy opener z jakim się spotkałem, nawet The Dears przy nim wymiękają. Bardzo charakterystyczny gitarowy motyw, który przewija się przez cały utwór, tworzy cały klimat, nie wiem dlaczego, ale natychmiast skojarzyło mi się to z filmem 300 mil do nieba… kompletnie nie jest podobne, ale jakby poetyka taka. Piękny wokal, który z tła wkomponowuje się w muzykę, i ogrom dźwięków dodatkowych, które powodują u słuchającego to właśnie przyspieszone bicie serca… nie wiem jak Wy, ale ja po prostu zakochałem się natychmiast w tych dźwiękach i chcę je słuchać więcej i więcej…Te prawie 7 minut, to jedne z najpiękniejszych 7 minut tego roku… bez watpienia. A może wogóle jedne z najpiękniejszych 7 minut…
 
 
 
Drugi kawałek czyli Waifs & Strays, już zupełnie inny, choć stylistycznie to dalej to samo, to jednak w tym utworze nie ma już żadnego charakterystycznego motywu przewijającego się przez cały czas, raczej jest to, chyba oczywisty wybór na singla, jeśli taki by miał być, utwór jest zwarty, i można rzec wręcz przebojowy, gitara w Jeniferever jest bardzo charakterystyczna i jak się częściej posłucha – to jestem pewien, że będzie to znak rozpoznawczy, drugim znakiem rozpoznawczym oczywiście bardzo fajny sposób śpiewania, bo choć Kristofer Jönson, który śpiewa, nie dysponuje może jakimś mega charakterystycznym czy mocnym głosem, jednak jego styl śpiewania bardzo pasuje do muzyki, jest ciepły i wpasowywujący się w dźwięki. Bardzo dobre w obu utworach są części czysto instrumentalne, prezentowane na koniec, widać, że muzycy wiedzą do czego służą instrumenty.
 
To tyle na razie, czekam teraz z wypiekami na twarzy na całą płytę, a w między czasie oczywiście zapoznam się z poprzednimi dokonaniami zespołu… i jestem dziwnie przekonany, że się absolutnie nie zawiodę.
 
A swoją drogą, to zaczynam coraz bardziej lubić niby zimną Szwecję…Jeniferever, Hills, Lykke Li… szwedzki ten rok chyba będzie…