swieto fajki plakat

The Dreadnoughts, Strachy na Lachy, Przemyśl 26.06.2011

Na początek wszystkich bardzo serdecznie przepraszam, za jakość materiałów w tej recenzji, muszę się Wam przyznać, że to kompletna dla mnie nowość być na koncercie, z daleka, zapisywać sobie set listę, filmować coś tam i robić zdjęcia… Owszem zdarzało się nakręcić dwa czy trzy filmiki, kilka zdjęć, a potem heja pod scenę, zwłaszcza gdy muzyka poruszała nie tylko serce ale również stopy, tym razem postanowiłem, korzystając z tego, że gula na moim policzku jest wielkości piłki do ping – ponga, więc wolałem nie myśleć co stałoby się z nią przy jakimś przypadkowym uderzeniu pod sceną, zrobić profesjonalną relację. Niestety, sprzęt w postaci bardzo wysłużonego SE K800i nie wytrzymał próby czasu, więc kolejne koncerty raczej spędzę jak dotychczas, o setliście czytając na portalach muzycznych 🙂

 

dreadnoughts_05.JPG

The Dreadnoughts

Cóż, od razu mówię, że z zespołem The Dreadnoughts spotkałem się po raz pierwszy właśnie na wczorajszym koncercie i nie bardzo mogę coś więcej o nich napisać, poza tym co jest w sieci. The Dreadnoughts powstali w 2006 roku po wielu pintach taniego piwa w East Vancouver w najbardziej nieprzyjemnym pubie. Jak sami o sobie powiedzieli ze sceny, pochodzą z tej części Kanady bardziej irlandzkiej, a ich muzyka łączy szanty z irlandzkimi brzmieniami oraz solidnym, miażdżącym wnętrzności street punkiem. Określają się jako banda nieprzystosowanych pijaków, którzy pozostają wierni starożytnym balladom oraz histerykom, którzy niegdyś opłynęli cały świat – a wszystko w hałasie nowoczesnego punku pełnego chuligańskiej furii. Zespół rozpoczął od połączenia muzyki celtyckiej z punkiem w wykonaniu dziadków The Real McKenzies, i od tamtej pory nigdy się z tego nie wycofali. Oczywiście polski koncert nie byłby koncertem, gdyby nie delikatne opóźnienie, ale Kanadyjczycy dość szybko się rozstawili, zestroili i się rozpoczęło. Na scenie pięciu wymiataczy z takimi instrumentami jak skrzypki, akordeon, mandolina, flażolet irlandzki, gitary i perkusja i olbrzymia dawka luzu i humoru. Przyznam się szczerze, że od razu przypadli mi do gustu i trudno wyobrazić sobie lepszego „rozgrzewacza” niż oni – już po pierwszych kilku taktach mieli za sobą całą, co prawda jeszcze nie zbyt dużą, publiczność, która zaczęła się bawić na równo z zespołem. Swoją drogą od razu zacząłem się zastanawiać na jakim „paliwie” chłopaki lecą, i zapragnąłem natychmiast poznać numer telefonu ich dilera 🙂 Tajemnica wyjaśniła się wkrótce, a paliwo owo to nasza Polska Wódeczka, której co prawda kolesie nie spożywali, ale jak się przyznali, znaleźli sposób na przemycenie jej na scenę – we własnym krwioobiegu.


To co napisano powyżej o ich muzyce, to czysta żywa prawda, od szant, przez celtycki, irlandzki folk, aż do prawie metalowego miejscami brzmienia, a wysoko procentowe paliwo sprawiło, że na scenie było wszystko – od headbungingu, po skok z bębnem w publiczność, a wszystko okraszone zabawnymi konwersacjami z publicznością – nawiasem mówiąc zapowiedź „drum solo” trwała dużo dłużej niż samo solo, którym było podwójne uderzenie stopy. Ale naprawdę świetnie się tego słucha, a na scenie aż kipi energią, humorem, zabawą i udziela się to publiczności. Od dziś obiecuję, że będę śledził dokonania The Dreadnoughts, a już na pewno z przyjemnością pójdę na ich kolejny koncert, zwłaszcza że polubili oni Polskę i dość często odwiedzają nas kraj. Naprawdę warto. Polecam. Zapamiętajcie te nazwę The Dreadnoughts.


 

strachy_na_lachy_42.JPG

Strachy na Lachy

Gdy scena opustoszała po Kanadyjczykach, zaczęło się oczekiwanie na gwiazdę wieczoru, czyli zespół Strachy na Lachy. O tym zespole już tyle napisano, że szkoda to wszystko powtarzać, zainteresowani bez problemu znajdą informację. Od siebie dodam, że ja osobiście uważam Grabaża za jednego z lepszych polskich rockowych poetów, i specjalnie napisałem poetów a nie tekściarzy, bo to co pisze Grabaż, to pełne metafor i innych środków artystycznych wiersze, śpiewane potem w rytm muzyki. I chwała mu za to. Strachy na Lachy mają repertuaru w zasadzie na trzy koncerty pod rząd, więc z ciekawością czekałem co dziś będzie, powolutku robiło się ciemno, a ludzi przybywało. Zaczęli od sztandarowego openera, czyli utworu Strachy na Lachy, czym absolutnie od razu rozruszali publiczność, tu słówko o publiczności, na przykładzie tego koncertu, wyraźnie widać jak bardzo brakuje publiczności przemyskiej tego typu imprez. Koncert był darmowy, dość mocno rozreklamowany, a na rynku… może 700 osób, panowie włodarze miejscy, ja bywałem w klubach na większych koncertach… I poza małą, może 80 osobową grupką pod sceną, która starała się robić prawdziwie koncertową atmosferę, reszta jakby z boku tylko delikatnie się przyglądała… cóż, brak treningu, ale może będziemy mieli coraz więcej koncertów w naszym miasteczku, więc i publika się wyrobi 🙂 W każdym razie grupa ludzi pod sceną natychmiast była rozruszana.


A zaraz po taki rozpoczęciu, jeden z ich największych przebojów, Dzień dobry. Cóż, SnL to prawdziwe tuzy polskiego rocka, a piosenki z ich przebojowego albumu „Piła tango” – to hity, które są w stanie zaspokoić wszelakie gusta i rozkołysać każdą publiczność, nie ma więc co się dziwić, że z tego albumu zagrano tak dużo utworów.


Następnie delikatna zmiana płyty i po jednym utworze z debiutu – Cygański zajeb, z „Zakazanych piosenek – Wariat, cover Rejestracji oraz z ostatniej „Dodekafonii” – Ostatki nie grają stawki. Piosenka Cygański zajeb, została zaśpiewana w kontekście imprezy, którą było Święto Fajki, jako utwór nawiązujący do fajki. Dalej cover, oj potrafią Strachy na Lachy coverować, cała płyta Zakazane piosenki to  covery, Wariat to jeden z lepszych momentów, zresztą niedługo pojawił się kolejny cover, tym razem klasyków rocka, czyli zespołu Rolling Stones – Paint In Black, zaśpiewany po Polsku, z polskim tekstem i nawet miło się tego słuchało. Zastanawiająco mało utworów z ich najnowszego dzieła się pojawiło, czyli z Dodekafonii, bo poza wymienioną powyżej, jeszcze tylko dwa utwory, zabrakło między innymi radiowego hita „Żyję w kraju…” czy mojego ulubionego „Radio Dalmacija”.


Pojawiła się też dla mnie zupełna nowość i nie znalazłem na świeżo żadnej informacji o tym utworze, a mianowicie utwór Mokotów, lub Czarny Kot. Nie słyszałem go nigdy wcześniej, więc domyślam się, że to jakaś zapowiedź, bardzo zresztą udana. Co chwilę Grabaż kokietował publiczność, mówiąc, że Przemyśl to piękne miasto i ma bardzo dobre lody, heh, biedaczyna nie wiedział, że w Przemyślu są najlepsze lody na świecie 🙂 ale mimo tego, że SnL zagrali w Przemyślu po raz pierwszy, to oczywiście musieli powiedzieć, że to tylko „Jedna taka szansa…” Po czym przyszła kolej na kolejny hit „Moralne salto” i dla rozruszania ukołysanej publiki „Dygoty”. Pięknie ciemno się już zrobiło, ale miałem też wrażenie, że jakby luźniej, ale to pewnie przez to, że zaraz potem był jeden z ,mniej lubianych przeze mnie kawałków „List do Che”. Ale luźniej nie było, o czym można się było przekonać zaraz potem, bo zagrali kolejny hit „Raisa”.


I to miał być koniec, ledwo godzina koncertu, na szczęście prowadzący imprezę wymusił trochę na zespole a trochę na publiczności bisy, które musiały się już składać z samych przebojów, na początek „Czarny chleb…” odśpiewany z publicznością, potem „Hej kobieto”, żeby wszystko zakończyć… tak, nie mogło być inaczej, „Piła Tango”.


I to już absolutny koniec. Artyści podziękowali publiczności i nie dali się zatrzymać na scenie nawet Dobremu Wojakowi Szwejkowi, który się tam pojawił, a i publiczność jakoś słabo chyba skandowała. Zabrakło mi jak już pisałem więcej Dodekafonii, zabrakło choćby jednego kawałka ze Świetnej płyty „Autor”. Zabrakło 100 lat odśpiewanego przez publiczność dla zespołu, bo SnL obchodzą jakiś okrągły jubileusz… Ale tak jak mówiłem, materiału zespół ma na co najmniej 3 godzinny koncert, choć i tak zawsze może się okazać, że czegoś komuś zabrakło. Ale warto iść na występ tych polskich gigantów, bo gwarantowana jest dobra zabawa, świetna muzyka, ambitne teksty a to wszystko właśnie sprawia, że tak lubimy koncerty. Może za rok, na kolejnym święcie fajki, SnL odwiedzą nasz gród ponownie, czego sobie i Wam życzę.

/< ! ^' "|" @


Setlista:

  1. Strachy na lachy
  2. Dzień dobry, kocham Cię
  3. Cygański zajeb
  4. Wariat (Rejestracja cover)
  5. Ostatki nie grają stawki
  6. Czarny kot (Mokotów)?
  7. Nieuchwytni buziakowcy
  8. Pomaluj na czarno (Rolling Stones Paint In Black polish cover)
  9. Twoje oczy lubią mnie
  10. Miłosna kontrabanda
  11. Jedna taka szansa na sto
  12. Moralne salto
  13. Dygoty
  14. List do Che
  15. Raisa

Bis:

  1. Czarny chleb i czarna kawa
  2. Hej kobieto
  3. Piła tango

Więcej marnej jakości filmów z koncertu znajdziesz w moim kanale You Tube. Zapraszam.