wincentiadaCzyli dla każdego coś miłego.

Mało brakowało, a ten wpis w ogóle by nie powstał, za sprawą smartfona, którego dzięki Play, miałem okazję wypożyczyć do testów, ponieważ uzbrojony w niego, przygotowywałem materiał zdjęciowo – filmowy z drugiego dnia, jednakowoż, jako solidny i wymagający tester, starałem się sprawić, aby smartfon ten działał szybciej i stabilniej, co wiązało się z wgrywaniem romów i innymi dziwnymi rzeczami, przy których nagle okazało się, że cała zawartość karty SD została stracona bezpowrotnie po kontrolnym formacie… heh, pomyślałem, trudno, Ci co byli to widzieli, a Ci których nie było nic nie stracili… Ale, okazało się, że smartfony to jest to! Tenże smartfon, w tle, niewidocznie i automatycznie przesłał wszystkie zdjęcia które zrobiłem na moje konto w Google+ i dzięki temu postanowiłem jednak coś napisać, szkoda tylko ze tak samo nie stało się z filmami… ale nic to, jest zdjęcie, jest artykuł. Zaczynamy.

 

eden express

Eden Express

Niedziela powitała nas zdecydowanie mniejszym upałem, i zdecydowanie większą ilością ludzi w rynku, i to od samego muzycznego początku, na który to początek wystąpiła przemyska formacja Eden Express. Dziwna to formacja, bo mam wrażenie, że znana jest dużo bardziej w Polsce niż u nas, na naszym lokalnym podwórku, ale może się mylę, zwłaszcza biorąc pod uwagę dość żywiołową reakcję publiczności zgromadzonej pod sceną. Zespół tworzy pięciu muzyków z całego Podkarpacia, a stylistyka muzyczna to coś pomiędzy Basią Trzetrzelewską a Mietkiem Szczęśniakiem. I muszę niestety przyznać, że nie jest to stylistyka, którą lubię, wręcz przeciwnie. Melodyjne, proste pioseneczki, zaśpiewane w typowy lekki sposób, być może nawet miło brzęczą w uchu, ale absolutnie niczym się nie wyróżniają, ani w żaden sposób nie powodują tego czegoś, co dobra muzyka jest w stanie spowodować u słuchacza. Na dodatek, wrażenie jest takie, że oto kolejny zespół, których jest pełno na antenie komercyjnych radiostacji i tak naprawdę trudno zapamiętać jego nazwę czy z jakiego kraju pochodzi. Ale żeby oddać chłopakom honor, to trzeba przyznać, że warsztat muzyczny jest solidny, aranżacje mimo swojej lekkości dopracowane, a barwa głosu wokalisty jest naprawdę interesująca, aż zastanawiam się, jakby zabrzmiał w czymś bardziej jadowitym… Zespół zasłynął pojawieniem się muzycznym w serialu „39 i pół” a także na festiwalu Top Trendy. Z dobrych źródeł wiem, że nagrana jest już cała płyta, a na ich internetowej stronie można się dowiedzieć, że ich utwór okupował pierwsze miejsce listy przebojów Radia Rzeszów. To wszystko świadczy tylko o tym, że mimo tego, że ja tej stylistyki nie kupuję, jest wielu ludzi, którzy takiej muzyki na rynku poszukują i należy jedynie pochwalić chłopaków, że realizują swoje muzyczne wizje konsekwentnie, i zmierzają do celu jakim bez wątpienia jest osiągniecie sukcesu komercyjnego. Więc choćby za to należą im się brawa. A że jeszcze są z naszego przemyskiego podwórka, to tylko należy się cieszyć. Więc cieszę się, i mimo tego, że nie zostanę ich fanem, nie kupię ich płyty, ani nawet nie pójdę na ich kolejny koncert, to będę trzymał kciuki, a wszystkich, którym taka stylistyka odpowiada, zapraszam do zapoznania się z twórczością zespołu zarówno na ich kanale You Tube, jak i na żywo, bo ponoć często można ich spotkać w klubie Akwarium, gdzie ich muzyka rozbrzmiewa na żywo. A ja miałem obiecany wywiad, ale jakoś chłopaki o mnie zapomnieli… cóż, to już prawie gwiazdy, a ja jedynie piszę sobie dla własnej przyjemności…

Eden Express w sieci:
[ strona oficjalna ] | [ facebook ] | [ you tube ] | [ last.fm ]

 

carratuohill

Carrantuohill

Po krótkiej przerwie, na scenie pojawili się Ci, o których prawie wszystko zostało już napisane, Ci, którzy mimo tego, że są polakami są bardziej irlandzcy niż sami Irlandczycy, Ci dla których szmaragd nie kojarzy się z kamieniem szlachetnym a kolorem ich ulubionej wyspy – czyli zespół Carrantuohill. Dobrze się stało, że po raz kolejny gościliśmy ich w Przemyślu, bo zespół ten, pomimo, że do The Pogues im szalenie daleko, konsekwentnie gra i promuje świetną tradycyjną muzykę celtycką, a robi w to taki sposób, że wyrywa z butów i nogi same zaczynają poruszać się z rytmem tych muzycznych wędrówek, w które zespół za każdym razem nas zabiera. Tak było i tego pięknego popołudnia na przemyskim rynku, kawał świetnej muzyki celtyckiej zarówno instrumentalnej jak i śpiewanej, nastrojowej jak i żywiołowej a popisy muzyków grających na instrumentach mogą wprawić niejednego rodowitego Irlandczyka w osłupienie ;). Zwłaszcza, że same instrumenty na których grają, rodowitego polaka wprawiają w osłupienie (uilleann pipes, bouzuki, cittern, bodhran, tin whistler) a dokładając do tego świetną konferansjerkę i gościnnie występującą z zespołem Katarzynę Sobek, która co prawda Loreeną McKennitt nie jest, ani nawet Kate Bush również, to trzeba jej oddać, że jej głos brzmi równie pięknie, równie zmysłowo, równie poruszająco, a za to pani Katarzyna, jak każda Polka jest co tu dużo mówić, po prostu piękną kobietą i tak bardzo miło i przyjemnie się patrzy na nią na scenie… heh. Ok. Carrantuohill to po prostu wymiatacze, w swoim stylu, jedyni, niepowtarzalni i nawet jeśli nie lubimy folku celtyckiego, nawet jeśli nie jesteśmy fanami irlandzkiej muzyki tradycyjnej, to słuchając tego zespołu za każdym razem znajdziemy coś dla siebie i za każdym razem mamy pewność, że będzie to mimo wszystko muzyczna uczta dla ucha i oka (pani Katarzyna). Strasznie żałuję, że nie zachowały się z tego występu żadne fragmenty filmów, bo naprawdę zapadający zmierzch, coraz większa ilość ludzi na rynku i bardzo fajna oprawa świetlna sprawiała, że atmosfera na tym muzycznym wydarzeniu była wyjątkowa. Chciałbym po raz kolejny móc zobaczyć ten zespół w Przemyślu i zachęcam wszystkich, którzy nie mieli okazji poobcować z tą muzyką, aby jej posłuchali, bo sprawi im to niewątpliwą radość.

Carrantuohill w sieci:
[ strona oficjalna ]

 

pudelsi

Pudelsi

Zapadł zmrok, na scenie krzątanina, obok sceny tez wielkie poruszenie, gdy obejrzałem się do tylu to oczom nie uwierzyłem – cały rynek pełen ludzi, dużo więcej osób niż na koncercie SnL, a przekrój wiekowy też olbrzymi. Wniosek, choć o tym będzie trochę dalej, nasunął mi się jeden – przemyska „masowa” publiczność potrzebuje muzyki, którą jak mawiał w kultowym filmie inżynier Mamoń, zna, bo lubi się tylko to co już kiedyś słyszeliśmy i znamy. Choć mam też niejasne wrażenie, że sporo ludzi przyszło zobaczyć Macieja Maleńczuka, zapominając trochę, że w 2005 roku jego drogi muzyczne nie są już tożsame z zespołem Pudelsi, a dookoła słychać było głosy, gdzie jest Maleńczuk??? Hehe, cóż, tak to bywa czasem, ale myślę, że wszyscy Ci którzy przyszli na ten koncert mimo wszystko nie poczuli się rozczarowani. Bo mimo wszystko należy przypomnieć, że Pudelsi to Andrzej "Pudel" Bieniasz i Franz Dreadhunter, a Maciej Maleńczuk, to po prostu jeden z wokalistów, którzy w zespole śpiewali. Zresztą, na chwilę obecną śpiewający w zespole Piotr Foreman to bardzo charyzmatyczna postać, obdarzona przyzwoitymi warunkami głosowymi i potrafiąca porwać całą zgromadzoną publiczność na przemyskim rynku do zabawy, łamiąc wszelkie bariery czy to wiekowe, czy to metalowe, znajdujące się przy scenie ;). I jeśli nie liczyć drobnej złośliwości martwej natury, która w postaci mikrofonu i wypadającego z niego kabla chciała zakłócić ten występ, to całość występu zespołu można określić jednym słowem – to były GWIAZDY całej Wincentiady. Nie zabrakło wielkich przebojów z czasów gdy występował z nimi Maleńczuk, nie zabrakło też utworów z ich ostatniej, choć bardzo dawno temu wydanej płyty „Madame Castro”, a nawet jeden utwór z ich debiutu, gdzie w roli wokalistki występowała Kora. Nie zabrakło dobrej zabawy, świetnego nagłośnienia, i niezłych świateł. Nie zabrakło rozentuzjazmowanego tłumu fanów, piszczących nastolatek i niemiłosiernego ścisku pod sceną. Nioe zabrakło niczego, co świadczy o tym, że koncert jest udany. I mimo wszystko cieszę się, że przemyska publiczność bardziej woli oglądać występ Pudelsów, niż na ten przykład Dody, choć w sumie nie wiadomo, bo Dody jeszcze w Przemyślu nie było i mam nadzieje, że jednak nigdy nie będzie.

Pudelsi w sieci:
[ strona oficjalna ]| [ facebook ] | [ my space ] | [ last.fm ]

 

Jeżeli mogę pokusić się o bardzo subiektywne podsumowanie tej dwudniowej imprezy, to pierwsze co nasuwa mi się na myśl, że dobrze się stało, że taka impreza jest, że wpisała się w kalendarz i że ma dokładnie taką formułę. Pierwszy dzień, to genialna okazja do poznania często świetnej muzyki, której w inny sposób nie bylibyśmy w stanie poznać, to uczta dla fanów mocnego, prawdziwego rockowego grania, to wreszcie okazja do prawdziwego rockowego szaleństwa pod sceną, i obcowania z muzyką, która porusza, która sprawia, że rock’n’roll żyje i ma się bardzo dobrze. Drugi dzień, to muzyka bardziej otwarta na masową publiczność, na rodzinne święto w ostatnich dniach wakacji, na możliwość wyjścia z całą rodziną na późno letni spacer i przy okazji posłuchania tez dobrej, choć mimo wszystko mniej drapieżnej formy. I to wreszcie świetny argument zamykający usta „wiecznym przemyskim malkontentom”, dla których koncerty na rynku, to siedlisko szatana, rozpusty i cholera wie czego… Dzięki takiej formule, jestem pewny, że impreza przetrwa, jeśli tylko nie zabraknie sił organizatorom, a rajcom miejskim nie zabraknie odwagi i środków, aby wspomóc ten świetny gig.

Do zobaczenia za rok.
/< ! ^’ "|” @