tides from nebula

Tides From Nebula + NAO + Rape on Mind, Red Zone Pub, Rzeszów, 04.11.2011r.

Wracając ze służbowego wyjazdu, postanowiłem wykorzystać to, że przejeżdżam przez Rzeszów i wstąpić na koncert, choć między Bogiem a prawdą, na ten koncert tak czy owak bym pojechał, a tu jedynie splot okoliczności był sprzyjający. Zresztą ostatnio na forum jakimś wdałem się w dyskusję nad miernością oferty muzycznej w naszym uroczym mieście i z całą odpowiedzialnością podtrzymuję to zdanie – dlaczego chcąc poobcować z muzyką, muszę jechać co najmniej 80 km? I potem oczywiście zamiast zostać na jakimś fajnym afterparty, napić się czegoś mocniejszego, i pogadać z artystami, muszę wsiadać do auta i nadal gonić kolejne 80 km. Co za problem zrobić taką genialną imprezę jak w Red Pub Zone w Rzeszowie? Niemoc? Brak pomysłów? Brak rynku i targetu? A może zwyczajny tumiwisizm? Pytania te pozostawiam bez odpowiedzi, niech każdy sam znajdzie na nie odpowiedź, a my wróćmy do koncertu. Jestem pod ogromnym wrażeniem Red Pub Zone, byłem tam po raz pierwszy i nastawiony dość sceptycznie, bo informacje na stronie WWW dawały obraz pubu raczej mało rockowego, a bardziej motocyklowego, w którym siedzą brodaci wytatuowaniu kolesie, którzy milkną, gdy tylko w drzwiach pojawi się ktoś obcy… Nic bardziej mylnego. Bardzo wygodne kanapy, stoliki dla większych grup znajomych, szeroki bar i mnóstwo kelnerek, zwijających się jak w ukropie i wreszcie scena i przedscenium, może nie największe, ale bardzo klimatyczne, i o dziwo o bardzo dobrej akustyce. Do tego naprawdę świetna ochrona (można? Można!) – tworzy z tego klubu naprawdę urocze miejsce do obcowania z muzyką, a także do weekendowych wypadów ze znajomymi, mi się w każdym razie bardzo podobało i wielki szacun dla właścicieli, obsługi i ochrony z tego pubu – macie jednego klienta więcej i będę Was polecał, przynajmniej do czasu pierwszej poważniejszej wpadki (choć nie sądzę akurat żeby takowa nastąpiła). Uzbroiwszy się w colę (dlaczego ja tam pojechałem autem bez kierowcy? No tak, wracałem sobie heh) zacząłem ten miły wieczór od pierwszej kapeli:

 

nao

NAO

NAO to warszawski zespół założony już w 2006 z inicjatywy Grześka Maksymiuka grającego na perkusji i Jana Sokołowskiego. Dokoptował on do składu Wojtka Śmierzyńskiego grającego na gitarze i Pawła Miękusa grającego na basie. W 2007 roku do składu w roli urzekającego kobiecego wokalu dołącza Edyta Glińska. Zespół niestety nie działa dość prężnie i dopiero w 2009 roku aktywnie zabiera się do grania, niedługo potem w składzie następuję zmiana i na gitarze basowej pojawia się Łukasz Pasternak, natomiast w 2011 roku opuszcza zespół współzałożyciel Jan Sokołowski, pozostawiając ich jako kwartet. Według oficjalnej notatki zespołu:

NAO to długie, wielominutowe kompozycje, muzyka nie uznająca kompromisów, tworzona z wewnętrznej potrzeby. Zamierzeniem Nao jest budowanie w muzyce unikalnego nastroju, szukanie nietuzinkowych rozwiązań, przelewanie w dźwiękach emocji.

Pięknie… A tak naprawdę, jeśli chcemy otagować zespół NAO, to śmiało możemy użyć terminu post-rock. Zespół wydał swoją pierwszą płytę, zatytułowaną Deprywacja Sensoryczna, a grał jako suport niedawno przed gwiazdami z Francji, zespołem Kwoon, a przed nimi występy przed szwedzką Doreną. No i wspólna trasa z Tides of Nebula. Trochę żałuję, że musieli występować jako pierwsi, klub jeszcze nie do końca pełny a i publiczność jakoś onieśmielona, ale zaczęli mocno i dosadnie, długą, rozbudowaną kompozycją, o ile dobrze rozpoznałem pod tytułem Nieustanny Proces Zmniejszania Się. Swoją drogą, to w tym całym post-rocku, przy całej mojej sympatii do niego, to im dłuższa i bardziej wydumana nazwa zespołu lub tytuł utworu, to tym lepiej… Gdzieś ostatnio przeczytałem taką rzecz, że post-rocka wymyślili sobie metale, żeby nie posądzano ich o płytkość 🙂 Ale… Tak chyba tylko hipsterzy złośliwie gadają 🙂 Hipsterzy hejterzy 🙂 Muszę powiedzieć, że wybór utworu na openera był idealny. To naprawdę świetna kompozycja, z wszystkimi elementami post-rockowego grania, z delikatnymi dźwiękami gitary i mocnymi riffami, z wyciszeniem i uspokojeniem, i mocnym uderzeniem, i co najlepsze, chłopaki grają to z wielkim uczuciem, przy każdym dźwięku starając się włożyć w muzykę maksymalną ilość energii, emocji i zaangażowania. Bardzo mi się podobało. A potem dochodzi jeszcze wokal Edyty, który ma w sobie… właśnie w sumie sam nie wiem co ma, bo tak naprawdę powinienem go skarcić, Edyta na żywo, a Edyta na płycie to dwie inne panie, ale tylko z pozoru. Owszem miejscami nie było czysto, owszem, nim dźwiękowcy poradzili sobie z wysterowaniem wokalu gubił się on i był kompletnie nie zrozumiały, owszem, Edyta oprócz śpiewania ma misję generowania sampli, co nie zawsze jest dobrym połączeniem, dla wokalu raczej niż dla sampli, ale mimo wszystko, gdy utwór się skończył, a Edyta przedstawiła zespół w prostych słowach „Wita Was zespół NAO” i zaczął się drugi kawałek, to nagle te wszystkie wady jakoś odeszły w cień, bo Edyta potrafi człowieka zahipnotyzować, potrafi w połączeniu z muzyką wprowadzić w stan podobny do transu, w którym nieistotne są ani błędy, ani nieczystości czy skala, ale jedynie emocje. Mnie przynajmniej zahipnotyzowała, a sądzę że tą powiększającą się grupę słuchaczy również. Bo świadczył o tym choćby aplauz po każdym z utworów. I zakończenie w postaci utworu Da to majstersztyk, bo to chyba najpiękniejszy utwór na płycie, który w wersji na żywo zyskuje jeszcze bardziej, dzięki tym wszystkim emocjom wkładanym w grę i śpiew. Ich płyta to około 50 minut muzyki, z czego na koncercie zagrali pewnie ze 30 i osobiście wierzę, że dane mi będzie zobaczyć zespół NAO w roli pełnoprawnej gwiazdy a nie jedynie suportu, z materiałem dłuższym i jeszcze bardziej hipnotyzującym. Naprawdę szczerze polecam uwadze zespół NAO.

 

NAO w sieci:
[ strona oficjalna ] | [ facebook ] | [ my space ] | [ last.fm ]

 

rape on mind

Rape on Mind

Po krótkiej przerwie, zaprawiwszy się kolejną colą i z zazdrością spoglądawszy na resztę raczącą się pysznym bursztynowym płynem, na scenie pojawił się kolejny zespół, wraz z ciekawą dekoracją w postaci monitorów wyświetlających serial w wdzięcznym tytule szumy 1 i szumy 2 umieszczonych na manekinach w miejscu głowy… Ciekawie… I się zaczęło… Zapewne nasz znajomy Przemas z Przemyskiej Sceny Niezależnej znalazłby się natychmiast w grindcorowym niebie, bo zespół Rape on Mind faktycznie rozpoczął gwałt… Nie jestem specjalnym fanem aż tak mocnych rytmów w muzyce i nie słucham tego typu gatunku na co dzień dla przyjemności, cóż, każdemu według gustu i potrzeb, ale oddać trzeba cesarzowi co cesarskie a zespołowi co jego, bo ta zgraja krakusów mająca rzeszowskie korzenie naprawdę potrafi łoić aż uszy podskakują same. Bo choć ich muzyka to absolutne ekstremum, w którym nie brakuje deathowego grania, wymieszanego z techniczną gitarową nawalanką w stylu grind, to jednak mimo wszystko nie jest ani banalne ani nużące. Coś w sobie taka muzyka ma, że zupełnie inaczej odbiera się ją na żywo, już po raz drugi mam okazję być na tego typu zespole i po raz drugi stwierdzam, że mimo tego, iż ich płyty nie kupię i nie byłbym w stanie słuchać w domu, to na żywo wszystko wypada o wiele wiele przyjemniej i naprawdę może się podobać nawet komuś, kto nie przepada za taką muzyką. Mnie osobiście zachwycił perkusista, którego „połamana” gra jest bardzo charakterystyczna, a przy tym dysponuje on warsztatem, którego nie powstydziłby się żaden inny perkusista. I śmiało można powiedzieć, że choć zgwałcili oni moje uszy i umysł, to gwałt ten odbył się za obopólną zgodą, więc w końcu to chyba nie był taki gwałt?

 

Rape on Mind w sieci:
[ my space ]

 

tides from nebula

Tides From Nebula

Kolejna przerwa, kolejna cola, kolejne moje spojrzenia w kierunku innych płynów i ruch i zamieszanie na scenie, znikają dekoracje i sprzęt dwóch występujących zespołów, zostaje tylko to co ma na stanie gwiazda wieczoru i wbrew pozorom, cale nie ma tego tak dużo. Bardzo krótka przerwa, widać, że zespół przygotował się do występu i wszystko praktycznie jest ustawione, za mną prawie pełny klub ludzi a przede mną czwórka muzyków, która zaczyna grać… Boże wybaczcie mi te kolokwializmy, ale ja naprawdę miałem plan, że zrobię małą dokumentację zdjęciową i nagraniową, zanotuje set liste i skupię się na tym, żeby Wam to potem wszystko ładnie opisać, ale niestety, przy pierwszych dźwiękach muzyki mój misterny plan poszedł w p… spalił na panewce… Bo przy tym co wydobywa się z instrumentów muzyków zespołu Tides From Nebula nie sposób zachować emocjonalnej równowagi i dziennikarskiego obowiązku, nie można, bo ich muzyka przenika do każdej komórki ciała wywołując dreszcze i podniecenie, a następnie sprawia, że absolutnie przestajemy się kontrolować i odpływamy w podróż, w która zabiera nas zespół. A jest to podróż pełna przygód, podróż oniryczna, fantasmagoryczna, podróż w której nie brak pułapek i śmiertelnych zagrożeń, ale podróż która z każdym utworem kończy się szczęśliwym happyendem. Więc nie ma setu, nie ma opisów wirtuozerii, nie ma zachwytu nad brzmieniem – jest tylko muzyka, magia i my.


 

W takich chwilach naprawdę chce się dziękować Bogu, po pierwsze, że dał nam taki zespół a po drugie że dane nam było być na ich koncercie, ta czwórka skromnych chłopaków, potrafi wyczarować ze swoich instrumentów dźwięki, które na długo zapadają w pamięć, a ich płyta Earthshine, z której to płyty zagrali chyba wszystko, to arcydzieło, którego nie powstydziłby się żaden topowy zespół światowy. Dodatkowo, muszę to napisać, wspaniała publiczność, która przyjęła zespół dokładnie tak jak na to zasłużył, w żywiołowy sposób reagując na każdy utwór. I choć sam się do niej nieskromnie zaliczam, to miło mi było być jednym z nich. Dla takiej publiczności warto grać, zawsze i wszędzie, co docenił Adam Waleszyński, kończąc kawałek na bis wśród publiczności a konkretnie 30 centymetrów ode mnie, dając wyraz niezwykłej ekspresji i na finał wręczając swoją gitarę dziewczynie stojącej najbliżej niego. Niestety, oczarowany tą chwilą nawet nie pomyślałem o tym, żeby wyciągnąć z kieszeni komórkę i cyknąć jakąś fotę, ale nie żałuję, bo to trzeba przeżyć i nie oddadzą tego ani żadne zdjęcia czy filmy ani mój pożal się Boże opis. A ostatnia praktycznie okazja w tym roku już w najbliższą niedzielę w Lublinie w klubie Graffiti, kto może niech natychmiast się tam wybierze, bo ja sam rozważam bardzo mocno, czy nie wybrać się raz jeszcze i nie doświadczyć raz jeszcze tych wszystkich uczuć, które mi towarzyszyły na rzeszowskim koncercie. BTW kierowca poszukiwany 🙂

 

Tides From Nebula w sieci:
[ strona oficjalna ] | [ facebook ] | [ last.fm ] | [ my space ] | [ twitter ] | [ you tube ]

 

Tym razem niewiele więcej kiepskiej jakości materiałów na moim kanale You Tube, ze względów, które opisałem powyżej. W ogóle to przepraszam za jakość wszystkich materiałów, BlackBerry nie wyrabia, więc dopóki nie sprawie sobie jakiegoś lepszego aparatu w telefonie, to będzie kicha. A na zakończenie jak bumerang powraca do mnie pytanie dlaczego takich koncertów nie można zorganizować w Przemyślu? Dlaczego takie cudowne zespoły omijają nasze miasto szerokim łukiem? Dlaczego, dlaczego dlaczego… Chyba czas się przeprowadzić w końcu…

/< ! ^' "|" @