franka de mille

Nasza własna polska Brytyjka.

Na pewno mieliście kiedyś tak, że ktoś z Waszych znajomych nagle stanowczo namawia Was do posłuchania czegoś, co jego zdaniem jest warte posłuchania, nagabuje, pyta, dzwoni, wreszcie pożycza płytę 🙂 A Wy, z uporem maniaka odpowiadacie, że tak, że już prawie, że nie było czasu, że… dużo tego że. I nie chodzi o to, że płyta kiepska (bo nawet nie wiemy, skoro jej nie słuchaliśmy), ani nie to, że znajomy ma kiepski gust – po prostu czasem tak jest. O ileż większe wtedy zaskoczenie, gdy płyty tej posłuchacie a ona okazuje się prawdziwą cudowną perełką. Tak właśnie miałem z płytą o której dziś napiszę, traktowałem ją jak kot, nie przymierzając psa… niby wszystko ok., niby fajnie, ale jak co do czego to pazury i prychnięcie. Całkiem niesłusznie, bo wystarczyło posłuchać jej w całości raz i okazało się, że to jedna z najcudowniejszych płyt.

 

Franka De Mille „Bridge The Roads”

Franka De Mille… Jakoś tak od razu fajnie brzmi, prawda? Robiąc króciutkie poszukiwania w Internecie na jej temat, nie mogłem nie odnieść wrażenia, że to jakaś taka nasza, własna, polska Franka, choć z Wielkiej Brytanii. Poniżej podam wszelkie dostępne linki i polecam je odwiedzić, strona oficjalna artystki jest nawet po polsku – i naprawdę warto ją odwiedzić. Przekonacie się szybciutko, skąd takie wrażenie u mnie. Ale wróćmy do płyty, dość późno ją opisuję, bo to płyta z 2010 roku, ale lepiej późno niż wcale. Debiut artystki, którą taguje się określeniami folk, neofolk, a nawet dark folk, można się w niej doszukać czegoś z piosenki aktorskiej, a sama Franka wśród swoich inspiracji wymienia m.in. takich twórców jak: Patti Smith, Janis Joplin, Rickie Lee Jones, Hildegard Von Bingen oraz Kate Bush, PJ Harvey, Dagmar Krause, Rene Aubry, Sting, J.S. Bach, Philip Glass. Sama swoją muzykę określa mianem "acoustic-baroque-folk". Ale wiadomo, że szufladki służą jedynie programom muzycznym, a muzykę Franki można określić wieloma przymiotnikami, z których najważniejszy to: piękna. Płyta Bridge The Roads, to 10 utworów, a w zasadzie 9, jeden to wersja unplugged najpiękniejszego utworu na płycie. Ile w nim un – nie wiem, ale jest równie uzależniający… ale po kolei. Otwiera ją Come On, utwór, który moim skromnym zdaniem jest najsłabszy na płycie, choć to wcale nie znaczy, że jest zły, ale cóż, to taka pioseneczka, typowo radiowa, typowo singlowa i bardzo popowa, co oczywiście nie jest żadną wadą, choć na otwarcie co bardziej ortodoksyjnych słuchaczy, może delikatnie zniechęcać do dalszej wędrówki, a bez wątpienia trzeba tę płytę słuchać w całości, bo choć nie stanowi ona jakiegoś koncept albumu, to dopiero po posłuchaniu całości, okazuje się, że miejsce Come On jest dokładnie tam, gdzie być powinno i to najlepsze otwarcie dla pozostałych utworów. Choć nie w moim stylu, ale co… wolno mi 🙂 Ale już kolejny Fallen czaruje od samego początku, od pierwszych dźwięków skrzypiec, od pierwszego słowa śpiewanego przez Franke, bo jej głos, to coś co bardzo mocno ją odróżnia od innych artystek. Nie jest może w jakiejś przesadnej skali, czy barwie, ale jednocześnie jest bardzo, bardzo charakterystyczny i zwyczajnie, po ludzku ciepły, swojski, klimatyczny, urzekający… i mógłbym tu wymieniać jeszcze dużo przymiotników. Fallen, to utwór, który powoli wprowadza nas w nastrój, mniej popowy, mniej singlowy, choć z charakterystycznym motywem, lekko kojarzącym się USA, choć to nie country oczywiście. A potem jest znów coraz lepiej, Solo, to przejmujący, cudowny utwór, w którym już wiemy w jakim kierunku ta płyta zmierza. Czasami boleśnie smutny, a czasami żałośnie nastrojowy głos Franki, i bardzo delikatne dźwięki gitary i skrzypiec. Ta piosenka chwyta nas za serce i nie chce puścić, nawet gdy się kończy, to ciągle w nas gra. A tyle obrazów w głowie generuje, że nie będę Wam o nich pisał… Solo trzeba posłuchać i zakochać się w nim absolutnie i na zawsze. A potem kulminacja, najpiękniejszy utwór na tej płycie Gare Du Nord. Nie wiem co ten kawałek w sobie ma, czy bogactwo cudownych instrumentów (skrzypce, wiolonczela, akordeon) czy może najbardziej przejmujący śpiew Franki, a może po prostu wszystko razem i opis jak doszło do powstania utworu, oddajmy głos artystce na chwilkę:

"Napisałam tę piosenkę dla mojej siostry. Życiu udało się nas rozdzielić. Choroba ojca sprawiła, że poznałyśmy się na nowo. Moje wizyty u niej były smutne, ale wyjazdy jeszcze gorsze, nie do zniesienia z powodu rozmiaru siostrzanych łez. Ona płacze największymi łzami jakie znane są ludzkości. Łzy są tak duże, że jej twarz prawie w nich tonęła. Ta rozłąka miała jedynie wymiar fizyczny. W głębi dusz pozostajemy połączone nie tylko wspólną historią ale również nadziejami, że nasza przyszłość uwolni nas od naszej przeszłości. Z każdym przyjazdem i odjazdem falę emocji będą rozbijać się o perony Gare du Nord"

To moim skromnym zdaniem najpiękniejszy utwór na tej płycie i kwintesencja całej płyty oraz Franki jako artystki, bolesny temat, zwiewny głos i przecudne instrumentarium z piękną melodią. Jak cudownie raz po raz zanurzać się w te dźwięki i odczuwać te wszystkie uczucia, które swoim głosem i swoją muzyką wyraża Franka.


 

Następnie jest równie przejmujący Birds, z tak cudowną paletą instrumentów jak: mandolina i lutnia arabska oraz flet. I równie przejmujący jest śpiew Franki. Ale żeby nie było tak bardzo smutno zaraz po nim następuje You'll never know, który jest kolejną perełką na tej płycie. Zdecydowanie „żywszy” i radośniejszy kawałek, przynajmniej muzycznie. Niesamowite jak łatwo artystka buduje w nas atmosferę i klimat, mam czasem wrażenie, że z niesłychaną łatwością przychodzi jej układanie bardzo przejmujących a jednocześnie mocno zapadających w pamięć piosenek. A solówki na skrzypcach nie powstydziłaby się żadna irlandzka kapela i to też dodaje niesamowitego uroku, zwłaszcza amatorom bardziej celtyckich brzmień. Kolejny So Long, z powrotem zabiera nas w te smutniejsze i bardziej melancholijne rejony, a nawet powiedziałbym dość mroczne. Tak, to pierwszy tak mroczny i klimatyczny utwór na tej płycie, choć napięcie nie jest tu budowane ścianą dźwięku gitarowego grania, a jedynie przez jednostajny motyw przewodni, cudne partie skrzypec i niesamowity głos wokalistki. I po raz kolejny zastanawiam się, jak to możliwe, że to ciągle jedna i ta sama osoba… W sobie tylko znany sposób Franka zmienia styl śpiewania a nawet barwę, żeby uzyskać taki rodzaj napięcia, jaki towarzyszy filmom grozy. Cudo. A potem już górki do bezpiecznego finału, czyli Oh My, gdzie ton nadają piękne dźwięki fortepianu, a melodia zabiera nas tym razem w magiczne światy nierealnej rzeczywistości, jak bajka bez początku i końca. Tytułowy Bridge The Roads to znowu troszkę radości w stylu lekko wpadającym w country i z piękną gitarą, w sam raz do wesoło skaczących płomieni wakacyjnego ogniska. I powtórzony Gare Du Nord, w wersji bardziej akustycznej, na finał i ukoronowanie płyty, zamykający w całość te wspaniałą muzyczną ucztę. Już wiecie, dlaczego Come On musiał być pierwszy? 🙂

franka de milleTo płyta, która ma niejedno oblicze, to bardzo intymne i kameralne granie, które budzi w nas uczucia, i to fantastyczne klimatyczne z utworami do fantazjowania i zabawy. To płyta, która się nie znudzi, bo artystka idzie swoją własną drogą, nie patrząc na obowiązujące trendy czy mody. I robi to w sposób przekonywujący, z wielkim smakiem, artyzmem i ogromną siłą przebicia. I nie zdziwicie się zapewne, że mi przypomina troszkę inną polską artystkę w której się kocham, czyli Lee-Leet. Bo choć gatunki może inne, i środki wyrazu również, to ja widzę tu jakąs wspólną cechę dla nich obu… To fantastyczne, że mamy drugą polską Lee-Leet, tyle, że z Wielkiej Brytanii. Może się zakocham?

/< ! ^' "|" @

 

Franka De Mille w sieci:
[ strona oficjalna ] | [ facebook ] | [ last.fm ] | [ my space ]

Zdjęcia pochodzą z profilu artystki na facebooku.