kosmos

Kiedy Ci życie zbrzydnie(1) i stanie się piekłem(2), nie wsadzaj nigdzie łba(3), tylko posłuchaj dobrej muzyki(4).

 

W tak zawoalowany sposób, przedstawię Wam dzisiaj artystów, którzy poruszyli mą duszę, podczas internetowych wędrówek w poszukiwaniu dobrej muzyki. Ekspresowo, bo rozpisywał się nie będę – niech przemówi muzyka. I niech będzie to idealna muzyka na mroźną zimę wokół, na długie ciemne wieczory i na księżyc w pełni. Idealny czteroksiąg. Zaczynamy.

 

maybeshewill i was here for a moment, then i was gone

Maybeshewill „I Was Here For A Moment, Then I Was Gone” (1)

Nie od dziś wiadomo, że muzycznie prawie wszystkie drogi prowadzą do Wielkiej Brytanii. I tam też na początek się udamy, bo Maybeshewill to instrumentalny zespół z Leicester w Wielkiej Brytanii. Zespół tworzą: Tanya Byrne (bas), John Helps (gitara), Robin Southby (gitara), Kris Tearse (perkusja), Scott West (gitara) a ich muzyka, to piękny instrumentalny rock, pełen elektronicznych elementów i odniesień do filmu oraz kultury masowej. Grają już od dłuższego czasu, z sukcesami, a ich pełny krążek I Was Here For A Moment, Then I Was Gone ukazał się w zeszłym roku i według mnie to jedna z lepszych płyt w tym gatunku w roku 2011. Śmiało można ten album nazwać koncepcyjnym, a nawet można pójść o krok dalej i powiedzieć o nim, że to scenariusz filmowy, filmu, którego treść i fabuła budowana jest z melodii i dźwięku i krąży wokół obrazów, emocji i wspomnień wywołując poważne uczucie nostalgii. Energetyczny ładunek fortepianu w Opening daje nam pogląd na to co będzie dalej. Brzęczące gitary, genialne linie basowe oraz smyczki i efekty elektroniczne włączają słuchacza w budowanie własnych unikalnych historii, które wraz z kolejnymi utworami płynnie przechodzą jedna w drugą. I te genialne tytuły utworów, Take This To Heart a następnie Red Paper Lanterns, wynikają z siebie, ma się wrażenie ze delikatna melodia pianina skleja te różne rytmy w jedną całość, jak osoba głównego bohatera filmu, w którym właśnie bierzemy udział, zarówno jako widz jak i reżyser. Critical Distance, mocniejsze wejście gitarowych riffów, niczym clifhanger w przerwie na reklamy, wprowadza chwilowo nastrój nerwowości, szybko jednak uspokojony kolejnymi dźwiękami Accolades, gdzie zjawiskowa sekwencja melodii przechodzi w An End To Camaraderie, w którym czas na więcej improwizacji i objechanego rytmu. Aż dochodzimy do Words For Arabella, cichego i posępnego utworu, gdzie jedynie słabe dźwięki smyczków pozwalają przy nim nie usnąć. I to klaskanie na koniec… mmmm. To miła przerwa, bo Farewell Sarajevo oraz Relative Minors wracają do grania takiego jak na początku, pełnego życia a jednocześnie prostego, pełnego melodii a jednocześnie mocno rozbudowanego. I wreszcie szczęśliwy finał To The Skies From A Hillside, podsumowujący całość, z odrobiną agresji w tle, z cieższymi riffami, z towarzyszącym nam motywem fortepianowym i z zapierającym dech w piersiach zakończeniem. Miało być krótko i w ekspresowym tempie, ale ten album po prostu nie można opisać, krócej, a już na pewno nie można sobie pozwolić na nie posłuchanie go w całości i najlepiej kilka razy, bez przerwy. Bo żałowalibyśmy tego do końca życia.


 

Maybeshewill w sieci:
[ strona oficjalna ] | [ facebook ] | [ last.fm ] | [ my space ] | [ you tube ] | [ twitter ]

 

odessa chen the ballad of paper ships

Odessa Chen „The Ballad of Paper Ships” (2)

To sugerujące związki z Ukrainą imię tej artystki nie ma z Ukrainą nic wspólnego, bo pochodzi ona z niegdysiejszej stolicy hipisowego świata, czyli z San Francisco w Kalifornii. I proszę też o wybaczenie na początku, że nie opisuję najnowszego albumu „Archives Of The Natural World” a wydany w 2007 roku „The Ballad of Paper Ships”, czyli drugi w kolejności album, ale wierzę, że dzięki temu z większą zachłannością sięgnięcie po jej kolejne wydawnictwa, bo wydaje się, że ta artystka jest w Polsce kompletnie nie znana. Zastanawiałem się też długo, czy nie umieścić tego wpisu osobno w cyklu „kobiety jak te kwiaty” ze względu na fascynujący kobiecy wokal, ale… coż, musicie mi wybaczyć. Jej muzyka opisywana jest jako unikalne i inteligentne połączenie folku, Indie rocka, klasycznej muzyki chóralnej i pięknych piosenek o miłości. I zaprawdę powiadam Wam, nie ma tu nic więcej do dodania. Fascynujący głos, dopasowujący intymność jak u Cat Power z eteryczną intensywnością Jeffa Buckleya oraz przemyślane i pełne pasji teksty przywodzące na myśl wczesne dokonania Leonarda Cohena, i wreszcie muzyka krążąca w gęstych fakturach zbliżonych do Sigur Ros. Dlaczego akurat ten album? Bo to najlepszy sposób, żeby pokochać tę artystkę, cudowny, magiczny, delikatny, zwiewny głos i subtelne, ulotne dźwięki w tle tworzą atmosferę magii i obcowania ze zjawiskiem, którego nie sposób opisać słowami. Do tego cudowne teksty, jak ten w Kill The Lights choćby, pełne metafor, pełne niedomówień a jednocześnie poruszające wyobraźnię, inteligentne i śpiewane intensywnością i w imponującej skali głosu.

it's bright white
won't you kill the lights
retrace steps
moving right then left

blown the leaves
see the swingset swings
everyday pulled down like paper shades

damn the day
how it hurts to leave a trace
miles conspire to erase
but i still see your face

majesty, threadbare beauty
no where town
clotheslines blown down

oh!
backways by the trains
the sky spills the last grim light
shadows roll from my feet
like bolts of fine black silk

pale birds
there where the heart was
come close and they fly


 

Cała płyta chwyta za serce od początku do końca, a następnie sprawia, że chcesz słuchać jej ponownie, ponieważ wiesz, że brakowało czegoś przy poprzednim słuchaniu. Jej głos jest jakby nawiedzony i hipnotyzuje nas jeszcze długo nawet po piosence która się już skończyła. Bez żadnego wysiłku przechodzi od szeptu do prawie krzyku i wraz z nim nasze serce wznosi się i opada. Tak magnetyzującego głosu dawno nie słyszałem i naprawdę polecam Wam tę płytę a także dwie kolejne tej artystki.

Odessa Chen w sieci:
[ strona oficjalna ] | [ bandcamp ] | [ facebook ] | [ last.fm ] | [ my space ] | [ twitter

 

six string malfunction incandescence

Six String Malfunction „Incandescence” (3)

Zostajemy jeszcze w USA, bo oto w 2011 roku ukazała się płyta, nagrana w roku 1997, czyli dość długo czekała na ukazanie się, płyta, a w zasadzie dwupłytowy album artysty pochodzącego z Prescott w Arizonie, a mieszkającego w Phoenix Rolanda Dauma. Ów człowiek ukrywający się pod nazwą Six String Malfunction opisywany jest jako odludek, lubiący koty, herbatę i jedzenie wegetariańskie. Tworzy muzykę od roku 1990, a muzyka to przedziwna, czasem cicha a czasem bardzo hałaśliwa, oscylująca pomiędzy fuzzowymi riffami orkiestrowo brzmiącej gitary elektrycznej a elektronicznie brzmiącego dream-popu z dodatkowymi brzmieniami altówki, wibrafonu i dziko brzmiącymi bębnami. Te dwie płyty pięknie nazwane przez autora Księzyc i Słońce, to niedefiniowalna porcja dźwięków rozszerzająca granice percepcji i jednocześnie bardzo mocno rozmywająca granicę pomiędzy melodią a jedynie szumem instrumentów, ale bardzo urokliwa i bardzo zapadająca w pamięć. Mocno kontemplacyjna i mocno odrywająca nas od rzeczywistości. Ale przy okazji trudna i na pewno nie wszystkim przypadnie ona do gustu, ale to już najlepiej przekonać się samemu. I jeśli mogę coś polecić, to warto sobie do niej stworzyć odpowiednią atmosferę, świece, kominek, lampka czerwonego wytrawnego wina i jakieś odjechane wizualizacje na ekranie komputera – to odpowiednie otoczenie dla tego artysty. Ewentualnie jego galeria zdjęć, na oficjalnej stronie.

Six String Malfunction w sieci:
[ strona oficjalna ] | [ last.fm ] | [ my space

 

show me a dinosaur evolvent

Show Me A Dinosaur „Evolvent” (4)

A na deser coś, co mnie kompletnie powaliło na ziemie, wprost z zimnego Petersburga zespół Show Me A Dinosaur. Klasyczna mieszanka post-rockowego grania, z odrobiną ambientu i okraszoną delikatnie metalową przyprawą. Jak cudownie znaleźć kapelę, która za nic ma trendy i mody, a tworzy utwory powalające, ściśle według reguł dla tego typu muzyki, będące jednocześnie pięknymi i urokliwymi kompozycjami. Evolvent to wydana w zeszłym roku płyta, poświęcona jednej tematyce. Niech przemówią nazwy utworów: Still First In Space, Lift Up Your Telescopes czy You Can't Find This Place On Google Maps. Kosmos – to idealne słowo oddające te brzmienia. Cudowne gitarowe ściany dźwięku, lekkie gitarowe riffy przeplatane harmoniami post-rockowych efektów. Czy Pietropawłowsk Kamczacki – to miasto oddalone o 4000 km od Moskwy, leżące na zamarzniętym półwyspie i odcięte praktycznie od świata – jako dramatyczny symbol wyobcowania, bez wychodzenia w przestrzeń kosmiczną dla marzycieli pozostających w domu. I wreszcie epicki, ponad siedmiominutowy Gagarin, pełen cięższych brzmień, które w pojedynku z subtelnymi dźwiękami gitary tworzą arcydzieło. Co tu dużo pisać, to trzeba posłuchać, bo ci Rosjanie mogą śmiało konkurować z Mogwai czy Explosions In The Sky a nawet nie tylko konkurować a po prostu śmiało skopać im tyłki.


 

Show Me A Dinosaur w sieci:
[ bandcamp ] | [ last.fm ] | [ my space ] | [ facebook ]

 

/< ! ^' "|" @