jakis tam obrazek

Małe marzenia.

Muzyka ma to do siebie, że generuje w nas różne uczucia, od smutnych, nostalgicznych lub wesołych i radosnych wspomnień, po nierzeczywiste, fantasmagoryczne wizje innej rzeczywistości. Ale jedno uczucie jest zawsze niezmienne, gdy jakiś zespół nas poruszy, zaczynamy marzyć, o tym, żeby usłyszeć go na koncercie, poczuć tę więź z muzykami i oddać się choć na chwilę szaleństwu, nie tylko w bezmiarze wyobraźni, ale również w prawdziwym życiu. A potem, choć tęsknimy do tych chwil, to pozostają nam cudowne wspomnienia i kolejne małe marzenia z innymi artystami. Dzisiejsze propozycje obudziły we mnie właśnie te małe, malutkie marzenia, aby każdą z tych kapel zobaczyć na koncercie.

 

bridges of königsberg, the five colors

Bridges of Königsberg „The Five Colors”

The Five Colors, to ambitny długogrający debiut chicagowskiej kapeli. Jaki wpływ na nazwę zespołu ma to, że w Chicago żyje największe skupisko polonii w USA, nie wiem, ale wiem, że zespół ten w swojej muzyce stara się łamać stereotypy i łączyć w sobie brzmienia awangardy rocka oraz delikatnej muzyki elektronicznej. Trudno znaleźć w ich muzyce wyraźne wzorce, czy inspiracje, bo choć pierwsze wrażenie jest takie, że oto kolejny zespół, który szuka w gitarowym brzmieniu elementów post-rocka, to im dłużej ich słuchamy, tym trudniej zaszufladkowac tę muzykę. To bogate, rozbudowane kompozycje, z wpadającymi w ucho melodiami, a jednocześnie bardzo alternatywne brzmienia elektroniczne poprzekładane fortepianowymi pasażami i wyrazistym wokalem. Tytułowy utwór zwraca szczególną uwagę na głęboki i bardzo wyrazisty głos Paula Petrosyana powoduje, że zapadamy się w ten utwór jak w bezgraniczną oceaniczną głębię. Głos nas uwodzi, a jednocześnie dzięki niemu zwracamy uwagę na smaczki muzyczne, które przez cały utwór są dopełnieniem wokalizy. A barwa i skala głosu, automatycznie kojarzy mi się, nie wiem dlaczego, z pewnym wokalistą z Norwegii o równie przejmującym głosie. Potem następuje seria mniej lub bardziej żywych utworów, w których decydujące są zmiany tempa i rytmu oraz te elektroniczne smaczki, powodujące gęsią skórkę. Miejscami bardzo charakterystyczne riffy (A Grain in a Sea, Feathers Wrapped in Metal) a miejscami delikatne, powiedziałbym nawet jazzowe granie, z wychodzącą na pierwszy plan sekcją rytmiczną sączącą się z głośników to cecha szczególna tej płyty. I to naprawdę nie jest nudne, bo zostało osiągnięte wieloma środkami wyrazu. Zresztą w utworze Feathers Wrapped in Metal, głos wokalisty nie brzmi już tak ciepło i kojąco, a raczej dość drapieżnie i mocno, co w połączeniu z gitarą daje efekt lekkiej psychodelicznej uczty muzycznej. Najcudowniejszy moment płyty to dla mnie bez wątpienia Irrational Dream, wspaniała, rozbudowana kompozycja, w której mamy do dyspozycji wszystkie elementy, którymi zespół buduje emocje, genialna wokaliza, raz zwiewna i ciepła, a raz mocna i drapieżna, świetną ścianę dźwięku wytworzoną gitarowymi efektami, a jednocześnie delikatne gitarowe wibrato, przeplatane co bardziej urokliwymi riffami, pianino wygrywające dla każdej części tego utworu jakiś motyw przewodni i spajające ten długi utwór w całość i wreszcie te wszystkie elementy elektroniczne, które z tego gitarowego grania robią bardziej awangardowy rodzaj muzyki, a miejscami nawet dość psychodeliczny. Wspaniały, cudowny utwór.


 

A potem już z górki, jeszcze raz uwodzi nas swym głosem wokalista w utworze w kończącym płytę Have You Ever Even Seen a Forest, co jest świetnym zabiegiem, bo mamy po tym utworze ochotę posłuchać jej po raz kolejny i kolejny. Zespół ma na swoim koncie również EPkę pod tytułem We Have Many Faces, z którą zapewne również warto się zapoznać. A moje marzenie, to poczuć te muzykę na koncercie, zobaczyć te wszystkie emocje i pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa w naszym codziennym życiu. Nie wiem, czy określeni przemyślana muzyka oddaje wszystko, co chciałbym o tej płycie napisać, ale na pewno jest to jeden z zespołów, który zdecydowanie wie dokąd zmierza i wie w jaki sposób to osiągnąć.

Bridges of Königsberg w sieci:
[ strona oficjalna ] | [ facebook ] | [ last.fm ] | [ bandcamp ] | [ twitter ]

 

oh hiroshima, resistance is futile

Oh Hiroshima „Resistance Is Futile”

Kolejna muzyczna wędrówka prowadzi do Szwecji, gdzie w 2006 roku w Kristinehamn powstał zespół Oh Hiroshima. To kapela stworzona przez Leifa Eliassona i Jakoba Nilssona, którzy w liceum zaprzyjaźnili się ze sobą i postanowili założyć zespół. Do składu dokoptowali Oskara Nilssona i Joakima Henrikssona, którzy dla ich gitarowego grania stworzyli dynamiczną sekcję rytmiczną. Nagrali dwie EPki, które powoli definiowały ich muzykę jako Indie rock z elementami post-rockowego grania, aż wreszcie w 2010 roku wydali pełny album Resistance Is Futile. I naprawdę nie wiem, co tak bardzo pociąga mnie w tej płycie, bo słuchając jej kilka razy nagle okazało się, że nie mogę przestać tego słuchać. Czy to, że nie jest to taki czysty post-rock, bardziej przypomina mi Jeniferever, lub nawet Deadhorse w swym brzmieniu. Czy urzekające dźwięki fortepianu w Catch-22, które sprawiają, że umysł zaczyna błądzić po zupełnie innej sferze, a może te gitarowe crescenda, które mieszają niepokój ze smutkiej, a uczucie wzlatania i opadania towarzyszy nam praktycznie w każdym utworze. Nie wiem, czy to nie przez niezwykły klimat całej płyty, miejscami pełnej energii, a miejscami wyciszonej i tajemniczej. A może przez dziwny i specyficzny wokal, który nie jest ani specjalnie ładny, ani nie niesie w sobie jakiegoś ładunku emocji, ale przez to „puste” brzmienie, jest gdzieś obok nas i pozwala na jeszcze lepsze docenienie muzyki. Nie wiem, naprawdę nie wiem, ale wiem, że to kolejna kapela, która na żywo musi brzmieć jeszcze bardziej monumentalnie i jeszcze w lepszy sposób można odebrać te muzykę, która bez wątpienia inspirowana dokonaniami Mogwai, czy Mono, jest bardziej klimatyczna i bardziej emocjonalna. A może to dlatego, że ze Szwecji? Kto wie…:) Ale naprawdę warto posłuchać jej w całości i może nawet się uzależnić delikatnie, tak jak ja się uzależniłem. A potem starać się zobaczyć ich koncert, żeby mieć co opowiadać wnukom…


 

Oh Hiroshima w sieci:
[ facebook ] | [ last.fm ] | [ my space

 

/< ! ^' "|" @