95-2003

Piotr Rogucki "95-2003"

Zostałem zapytany niedawno na facebooku co myślę o nowych interpretacjach piosenek Piotra Roguckiego i bardzo długo zwlekałem z odpowiedzią, bo pomimo tego, że przesłuchałem tę płytę wiele, wiele razy, to tak naprawdę nie wiedziałem co myśleć. Bardzo ciężko jest oceniać ulubieńców, bardzo łatwo jest popaść w miłość albo w nienawiść, a na pewno bardzo trudno o jakąś elementarną obiektywność. Dlatego zwlekałem z odpowiedzią na tak postawione pytanie, ale zwlekać dłużej nie sposób. Stąd ten wpis. Z Pioterm Roguckim i z Comą moim zdaniem coś się dzieje niedobrego. O ile pierwsza jego solowa płyta (o której pisałem tu) podobała mi się, jako jego autorskie dzieło i odcięcie kuponów od zespołu, a nawet czekałem na kontynuację tego albumu, w między czasie Coma wydała płytę, która ja w swojej recenzji nazwałem właśnie drugą solową płytą Piotra, tym razem niestety bez odcięcia się od popularności zespołu. A teraz druga solowa płyta Piotra i utwory, które Piotr wykonywał nim związał się z zespołem Coma w nowych muzycznych aranżacjach, zamiast kontynuacji Lokiego… cóż, dla mnie to wszystko dziwnie pachnie… Wyraz frustracji dałem przy płycie Comy, dziś staram się znaleźć coś pozytywnego w tym całym bałaganie, które swoim fanom zaprezentował zarówno Piotr i zespół. A najlepiej odda to cytat z utworu: „Oto się rodzi nowa bajka, nowy sen”. Boję się, że jest to nie moja bajka i nie mój sen. 

Znaleźć coś pozytywnego, gdyż z pierwszymi dźwiękami na płycie wita mnie nowa wersja mojej ulubionej piosenki Piotra z czasów przed Comowych, czyli Ulotność. I cóż, muszę przyznać, że mnie masakruje. Lepsze często bywa wrogiem dobrego, tylko naprawdę nie mogę się doszukać w tej wersji tego „lepszego”, nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak piękną balladę ubrano w tak dziwne i mówiąc szczerze tak brzydkie muzyczne dźwięki. Czy to mój gust a raczej bezguście? Nie wiem, ale wiem jedno, gdybym nie był fanem, to po pierwszym kawałku, wyrzuciłbym tę płytę pod walec drogowy jeżdżący na nowo budowanej A4 w okolicy. I spróbowałbym zapomnieć o tej traumie. Zresztą, posłuchajcie obydwu wersji i sami oceńcie, może ja się po prostu mylę?

Oryginał:


 

I wersja z płyty:


 

A dalej wcale nie jest lepiej, co prawda równie piękna Piosenka Pisana Nocą daleka jest od oryginału, to mimo wszystko, przynajmniej częściowo został zachowany jej muzyczny charakter. Nadal to jest brzydkie dla mnie, natomiast nie powoduje odruchu wymiotnego. Zresztą ciężko jest zepsuć dobry utwór, i cieszę się, że nie udało się to nawet twórcy. Czyli dwa do zera i to na utworach genialnych. Aż się bałem co będzie podczas Ballady o Próżności. Ale po kolei, bo następnym utworem jest Drzewo. I muszę się przyznać, że ja tego utworu nie znam z wcześniejszych wersji. I dla mnie to materiał nowy, a co za tym idzie, jakoś bardziej przystępny. Co prawda drażnią jakieś dziwne elektroniczne brzmienia, i brzmi to bardzo podobnie jak na pierwszej płycie (Piotrek współpracuje z tymi samymi muzykami i producentami co poprzednio, wiec to naturalne), ale to nie jest wada. Cóż ignorancja jest czasem błogosławieństwem, być może jak poznam oryginał, to zdanie zmienię. Bo oto przed nami A My… bosz, jeśli nie dość mocno zmasakrowała Was Ulotność, to na pewno A My dopełni resztę. Słuchając tego utworu nieodparcie po głowie błądzą mi pytania – gdzie podziała się szczerość tych utworów? Gdzie zgubiły się emocje? Co się stało z chłopakiem, który wyśpiewywał te kawałki na różnych przeglądach i wyśpiewywał z żarem, przekonaniem i mocą… I o ile można było mieć zawsze jakieś zastrzeżenia co do grafomaństwa Piotra, nigdy nie można było mu odmówić szczerości przekazu. Nigdy, aż do tej płyty. Bo kolejna, wspomniana wyżej Ballada o Próżności (tu dla niepoznaki nazwana Legendą) – utrzymuje nas w stanie traumy i masakry, z którego naprawdę ciężko się wyrwać. I wiecie co? Podzielę się z Wami tą traumą, wybaczcie.

Oryginał:


 

I wersja z płyty:


 

A miało być pozytywnie… Im dalej w las, tym ciemniej. Anioły, cóż, ja znam inną wersję Aniołów, być może coś mi umknęło, nie wiem. Ale Anioły z płyty to kolejny nowy materiał dla mnie i po raz kolejny nowy materiał odbieram pozytywnie. To jest jeden z utworów na tej płycie, który nie jest połamany muzycznie, jest zaśpiewany dobrze, a na dodatek jest zwyczajnie… ładny. Tekst typowo Rogucowski, śpiew w miarę Rogucowski i melodia Rogucowska – takiej płyty generalnie oczekiwałem. Kolejne Chimery to kawałek, którego osobiście nigdy nie lubiłem. I generalnie nic się nie zmieniło. Ocenę, która wersja jest gorsza pozostawiam Wam. Następny kawałek to po raz kolejny dla mnie nowość, a miałem się za wielkiego fana, cóż. Zosia bo o nim mówimy, mimo że to nowy dla mnie utwór, nie zadziałała na nim zasada ignorancji i nie spodobał mi się. Dziwaczny akcent, który miał być imitacją kresów, czy też gwary śląskiej jest żałosny, muzycznie bez żadnych fajerwerków, dziwne instrumentarium. Kiepskawo. Następne Wrony, to też jeden z moich ulubionych utworów i jest to na tyle dobry utwór, że nie można go zepsuć nawet autorowi. Broni się dokładnie tak samo jak Piosenka Pisana Nocą. Co prawda mniej tu oryginalnych rytmów, a aranżacja pasuje raczej na festyn, niż na utwór o tak mocnym emocjonalnym przekazie, ale mimo wszystko daje się słuchać bez odruchów gwałtownych. I w ten sposób doszliśmy do przedostatniego utworu, nomen omen o numerze 13, czyli Kot. I słuchając tego kawałka, nagle nie liczy się to co było wcześniej, nie ważne jest jak bardzo zmasakrował nas wcześniej Piotr, bo utwór Kot to utwór genialny! Cudowny, magiczny, urzekający. To jest Roguc, którego kochamy, to jest moc słów, minimalizm formy i to napięcie w głosie… Zakochałem się bez pamięci w tym kawałku.


 

Na deser dostajemy kawałek Requiem Prowincjonalne, który po raz kolejny jest dla mnie absolutną nowością. Niestety on również po pierwsze nie wnosi nic ciekawego, a po drugie, po utworze Kot, wszystko jest jakieś blade i nijakie. I już, koniec. Zabrakło pięknej Jesieni (inaczej nazywaną Wolną Piosenką o Miłości), a i Anioły jakieś inne… Po raz kolejny czuję się, że zostałem zrobiony w ch… jak śpiewał Grabaż. Jedna cudowna piosenka, kilka do słuchania, a generalnie masakra – mam deja vu, bo jakbym już to kiedyś pisał… I po raz kolejny postawie tezę, że wytwórnia z którą związał się Piotr i Coma, dba tak naprawdę jedynie o finanse. Swoje, być może i muzyków również. Ale gdzieś uciekła radość ze słuchania. Dobrze, że jest Kot. 

/< ! ^' "|" @