endless riverNie wszystko złoto co się świeci.

Zainspirowany tekstem Marka postanowiłem dołożyć swoje trzy grosze, bo po trosze temat zazębia się z moją niedawną recenzją płyty UFly. I choć nie będzie to polemika, bo w wielu kwestiach nie sposób się z Markiem nie zgodzić, to patrzę na to troszkę inaczej. 

Otóż rozumiem potrzebę wydawania takich płyt jak Endless River. W końcu czy się ma lat 18 czy 80, do życia niezbędne są pieniądze. I choć w przypadku takich gigantów jak Pink Floyd, którzy zapewne zarobili na swojej działalności już sporo, można mieć pewne wątpliwości, to jednakowoż jeśli pojawia się szansa dodatkowego zarobku, to dlaczego z niej nie skorzystać? Popatrzcie jak pięknie jest przygotowane to wydawnictwo, jest CD, jest vinyl, jest edycja kolekcjonerska, jest box, jest wreszcie dystrybucja cyfrowa i streaming. A wszystko to tuż przed świętami. Majstersztyk wydawniczy. I w sumie dobrze. Pink Floyd (a w to miejsce można wstawić każdą nazwę zespołu) ma prawo do zarabiania na swojej twórczości. Ma prawo spijać śmietankę i ma prawo do tego, aby takie płyty wydawać. Całkiem osobną sprawą jest to, czy panowie ciągle powinni nazywać się Pink Floyd, ale to nie z nimi jednymi sytuacja jest dwuznaczna. W mojej opinii byłoby zdecydowanie lepiej, gdyby zespoł jak Pink Floyd grał pod nową nazwą po odejści Watersa, czy choćby Marillion po odejści Fisha, a z polskiego podwórka choćby Dżem bez Riedla czy Perfect bez Hołdysa. Ale to jest też kwestia pieniędzy, tak jest nasz świat urządzony, że pieniądze się liczą i trzeba z tym żyć. Podsumowując – nie mam nic na przeciw takim płytom, bo one pozwalają artystom podreperować swój budżet, a dla fanów mają wartość sentymantelną.

Jednakowoż, protestuję, przeciwko nazywaniu takich płyt arcydziełami, nowym rozdaniem czy innymi tego typu zdaniami. Dorabianie do takiego albumu ideologii, dodawanie wartości muzycznej, przepraszam, ale wziętej z dupy, zakrawa zwyczajnie na kpinę. I to kpinę zarówno z artystów jak i z fanów. Fan darzy taką płytę sentymentem, a fanowskie uczucie jest niekomentowalne. Natomiast człowiek, który słucha muzyki, tą płytą zachwycić się może. Po prostu. Marek dokładnie napisał dlaczego. A już nazywanie tego albumu płytą na miarę Dark Side Of The Moon, a uwierzcie mi, gdzieś w sieci taką recenzję przeczytałem, to po prostu beka z Pink Floyd. Te wszystkie egzaltowane achy i ochy wyrażane na wszelkiej maści forach i gupach dyskusyjnych świadczą jedynie o kompletnej ignoracji tych, którzy to piszą. Album został wydany dla kasy. Koniec. Kropka. A jeśli ktoś chce się faktycznie pozachwycać, powinien zachwycać się Dark Side. A Endless River zostawić fanom. Najgorsze jest to, że niestety wszelkiej maści radiowcy powielają te opiinie, z prostych powodów, wytwórnia ma budżet reklamowy, a więc im więcej i lepiej o płycie będą mówić, tym więcej egzemplarzy się sprzeda. Więc budżet ten jest wykorzystywany na potrzeby recenzji, czy audycji radiowych ale z prawdą to ma niewiele wspólnego. Wystarczy nazwać rzeczy po imieniu i świat wyda się prostszy i przyjemniejszy. I tak jak napisałem w recenzji UFly – życzę wszystkim zespołom milonów ddolarów, bo gdy byt jest zapewniony, wtedy dopiero mają szansę powstać arcydzieła. Choć i od tej reguły jest mnóstwo wyjątków, ale to już temat na zupełnie inny artykuł. 😀

Dlatego jeszcze raz powwtórze, nie mam nic przeciwko takim płytom. Niech się ich wydaje jak najwięcej. Ja sam mam ogromny sentyment do Rush i każde takie wydawnictwo witam z bananem na twarzy. Ale to nie znaczy, że będę twierdził, że oto pojawiło się arcydzieło na miarę 2112. Bo się nie pojawiło. 🙂

/< ! ^' "|" @